Longobardowie, czyli Winilowie – znaczenie imion

Alboin

Etymologia imion władców Winnilów (win – Wan, il – jasny), jak pierwotnie nazywano to plemię, które dla Adama z Bremy i Helmolda było jednym z określeń Słowian zachodnich, wskazuje nam prasłowiańskie pochodzenie ich znaczeń, co utwierdza mnie w przekonaniu, że język Scyto – Sarmatów, a tym samym pochodnych od nich ludów, jak Wenetów, Gotów, Wandalów, Winnilów, Sasów i innych był taki sam.

Longobardowie (według germańskiej legendy to Dlugobrodzi, choć barda to włócznia, co może oznaczać lud używający długich włóczni) pierwotnie byli przybyszami ze Skandynawii, prawdopodobnie odłamem Scytów, którzy tam trafili omijając Odrowiśle i Pribaltikę opanowane przez sarmackich Wenedów. Weszli oni na nasze ziemie tą samą drogą, co Sasi i Goci, też wywodzący się od Scytów, z którymi ludy sarmackie zawsze wojowały, jeszcze w czasach ich pobytu w Azji. Wygląda na to, że legendarnymi Wanami z sag byli Sarmaci, Wenetowie znad jeziora Wan, a Asami – ludy protoscytyjskie z Assyrii i Babilonii, być może pochodzące od Nemroda, który sprzeniewierzył się rodowi (stąd i jego przydomek). Dlatego odwieczne wojny między Asami i szlachetnymi Wanami, Sarmatami i Scytami, Polakami i Niemcami, mimo, że przed potopem i zatopieniem miasta Wan, które niedawno nurkowie znaleźli na dnie tego jeziora we wschodniej Turcji, a dawnej Wielkiej Armenii, był to jeden ród. Stąd wiele podobieństw kulturowo-językowych, ale według mnie akurat w językach słowiańskich zachowała się istota i prawda znaczeń, a w językach germańskich czy łacinie mamy uproszczenia, przekręcenia i nowe znaczenia oderwane od pierwowzoru, jak mund, mond to nie “mądry” tylko jakieś przejście.

1. Sceafa (Skifa – Scyta)
2. Aion (Jon – jasny On, według Długosza to Jan) i Ibor (jasny Bor), matka Gambara (aryjska gęba – twarz, usta, czyli to Arioustna).
3. Agelmund (Agilmund – Galamond, czyli mądra gała, głowa) – syn Ajona, król Longobardów na przełomie IV i V wieku.
4. Lamicho (Lamissio, Lamissone) – Łamichuć, przy czym *chuć to chęć, pożądanie od psł. xoteti, xuteti – chcieć. Z tym rdzeniem było wiele popularnych imion i nazw, jak Borhuć, Chociebor, Chociesław, Chociemir, Chociebuż. Nasz Lamichuć to inaczej Łamignat, bo chuć należy czytać jako żądny, a łam – łamanie, czyli walka.
5. Ortnit (Hertnit, Hertnið, szw. Herding, Herdink, łot. Hervitus, niem. Hartnid, ros. Gertnit, jego wujem był Ilja czyli Najjaśniejszy. Hervitus wskazuje nam etymologię tego imienia, czyli Najwyższy Pan, bo her to góra, wysokość, a vit to pan.
6. Lethu (Lethus, Lethuc) – Letchuć, Letuć, czyli pragnący lata, wielbiciel słońca. Protoplasta dynastii Lethingów (łac. Letingi). Leto była matką Apollona w Hiperborei. Ang. Pole – Polak, polaris – gwiazda północy.
7. Aldihoc (Hildehoc – Władychuć bo aldi, hilde, ald, wald to przekręcone wlad – władca) – król Longobardów w drugiej połowie V wieku
8. Godehok (Godehoc – Godechuć) 480-490
8. Claffo (gr. kleptes – złodziej, uzurpator), zapewne to tylko bizantyjski przydomek
9. Tato – tata, ojciec
10. Unichis – un, an, on to niebo oraz określenie Swaroga, twórcy słońca. Czyli to Unichuć – wielbiciel Swaroga.
11. Wacho (Waccho; Waldchis – Władychuć, czyli żądny władzy. Król Lombardów 510-539. Ten przydomek zapewne nadano mu po tym jak zabił króla, swego wuja Tato. Z gepidzką żoną Austrigusą (Ostrogęsią) miał 2 córki Wisigardę (panią grodu), która wyszła za mąż za Theudeberta I (brata ludu) z Austrasii (wschodniego lądu) i Waldradę (rada władcy) zaślubioną z Theudebaldem (władcą ludu) także z Austrasii.
12. Walthari (Waltheri, łac. Waltharius – Wielki Aria) syn Wacho z trzeciej żony Silingi (Silnej), król Longobardów w latach 539 to 546
13. Audoin, Alduin lub Auduin – ald to wlad, a oin i uin to skrót od boin, woin – wojak, czyli to władca wojów. Król Longobardów w latach 546–565, który wprowadził Longobardów do Panonii.
14. Alboin (jasny woin, bo alb to alv – ołów, czyli to jasny wojak) – król Longobardów, zdobywca Włoch, panował w latach 565-572.
15. Klef, Klep (gr. kleptes – złodziej, uzurpator) – król Longobardów w latach 572 – 574 (lub 573 – 574) z rodu Beleos (bel – biały, północny, wielki).
16. 10 lat bezkrólewia.
17. Autaris (gr. aut – sam, samowładny Aria) – syn Klefa, król Longobardów 584-590.
18. Agilulf – Galaulf, co znaczy jasna gała, czyli głowa, bo ulf to alv, czyli ołów, srebro, cyna, tj. jasny skarb. Król Longobardów w latach 591–616.
19. Adaloald (również Adalwald, Adulubaldus) – Ladowlad, czyli władca ładu, porządku – król Longobardów od 616 do 626.
20. Arioald (również Aroal, Charoald, Ariopalt, Ariwald), czyli Ariowlad, tj. Władca Ariów – król Longobardów od 626 do 636.
21. Rotar – rota to przysięga na ród i  tutaj raczej chodzi o to słowo, czyli to rodowity Aria. Król Longobardów od 636-652.
22. Rodoald (lub Rodwald, czyli wlad, pan rodu) – król Longobardów w latach 652–653. Syn Rotariego.
23. Aripert I (również Aribert, tj. brat Aria) – król Longobardów w latach 653-661. Przyjął katolicyzm i może stąd przydomek brata (pert, bert – brat), jak się mówi do dziś na zakonników.
24. Godepert (również Gundipert, Godebert, Godipert, Godpert, Gotebert, Gotbert, Gotpert, Gosbert lub Gottbert, czyli brat Goda – boga godzącego, godzić – darzyć) – król Longobardów w 661.
25. Grimoald I (władca gromu) – król Longobardów w latach 662–671.
26. Perktarit (również Berthari, brat Aria) – król Longobardów w latach 661–662, a następnie w okresie 671–688.
27. Alahis (688–689) – Alachuć, ala to aria – szlachetność, szlachta, czyli to szlachetny wielbiciel.
28. Cunincpert (688–700), wygląda, że to od kunnik, konik, konnik, czyli jeździec, pert, bert – brat.
29. Raginpert (również Raghinpert lub Reginbert). Łac. regina – królowa, czyli to brat królowej. Książę Turynu, a potem krótko król Longobardów w 701.
30. Aripert II (również Aribert, czyli Ariobrat) – król Longobardów w latach 701–71
31. Liutpert lub Liutbert, od luty – srogi i pert, bert – brat. Król Longobardów, z przerwą, w latach 700–702.
32. Ansprand, od prand – prąd, popularne nazwisko Prędota – bieg rzeki. Babilońskie, czyli prasłowiańskie *an – niebo, stąd ang. angel – anioł. Czyli imię oznacza niebiański prąd, nurt, ród. Król Longobardów. Panował przez krótki czas w 712 roku.
33. Liutprand (z prądu, rodu srogich) – król Longobardów w latach 712–744.
34. Hildeprand – z prądu, rodu władców, bo hild, ald, wald to wlad (744).
35. Ratchis – rat, rad to rod, a chis to chuć, chęć, pragnienie, uwielbienie, czyli to wielbiciel rodu. Król Longobardów (744-749).
36. Aistulf lub Astolf – Jasny As, bo ulf, olf – ołów, skarb, jasny. Król Longobardów (749-756).
37. Dezyderiusz, od łac. desiderius – upragniony, co jest właśnie odpowiednikiem słowiańskiego słowa chuć, chęć, obecnego w imionach poprzedników, jeszcze przed romanizacją Longobardów. Ostatni król Longobardów, panujący w latach 757-774.
38. Następny był Karol Wielki, który podbił ich królestwo i się ogłosił królem Longobardów, więc romanizacja nie wyszła im na dobre.

Tomasz J. Kosiński
09.03.2020

Polanie na Puli, czyli Istria to Panonia

Retia i Vindelicia

Pula (wł. Pola) to znana miejscowość turystyczna na Półwyspie Istria w Chorwacji. Wielu Polaków podziwiało pewnie tamtejszy amfiteatr rzymski, podobny do Koloseum.

Zobaczmy co jest w łacińskiej (nie włoskiej) wersji na temat Puli: Pietas Iulia seu Pola (alia nomina: Polensis Civitas) (Croatice: Pula; Italiane: Pola) est urbs Croatiae ac municipium, in regione Histriana et in Histria historica ac geographica terra, situm. Incolunt urbem 62 378 (anno 2006). Urbani Polenses vel Polani appellantur.[1]

Coś Wam przypominają takie wyrazy jak Pola, Polensis, Polenses, Polani?

Tradycja grecka przypisywała powstanie Polai Kolchidanom[2], którzy ścigali Jasona w północnej części Adriatyku, nie byli w stanie go złapać i ostatecznie osiedlili się w miejscu, które nazywali Polai, co oznacza „miasto schronienia”. Może pamiętacie z mojej książki „Rodowód Słowian”, moje sugestie, że mit o wyprawie Argonautów może dotyczyć wykradzenia przez Greków Słowiano-aryjskich ksiąg wiedzy zapisanych złotymi runami na baranich skórach. Do dziś w Kolchidii, obecnej Gruzji, na granicy z dawną Sarmatią, mieszka lud Swanetów (Słanetów), który spotykamy też w Retii, zamieszkanej m.in. przez Vindelików (Wendo-Lachów).

Retia i Vindelicia

Mapa: Retia i Vindelicia

Należy też zauważyć, że Grecy łączyli Kolchidę z obecną w mitologii krainą Aja, celem wyprawy Argonautów po złote runo, co nam rozjaśnia trochę etnonim (L)ah-ajów – Danajów. Na mapie Retii widzimy też plemię Rucinates, które kojarzy nam się z Rusami. Nie każdy wie, że na terenie Armenii, sąsiadującej z Kolchidą, było królestwo Urartu, którym w VIII w. p.n.e. erą rządził nie kto inny jak Rusa I (od 735 r. pne), a po nim panowali kolejni władcy o tym samym imieniu.

Swoją drogą, prześledzenie mitu o Jazonie (jas – jasność, Jazygowie to odłam Sarmatów, Jassa to z kolei główny, jasny bóg Polaków według Długosza) i Medei (med – miód) wymaga bliższej analizy. Podobnie jak i inne greckie mity, np. o Prometeuszu – dawcy ognia i pisma, przykutego za karę do skały Kazbek (Tartar to góry Kaukaz) właśnie w Gruzji, Amazonkach wzmiankowanych w greckiej mitologii właśnie w Kolchidii, czy lokalizowanych tam Gigantach (Giants, Gigantes – Wielkich Antach-Enetach-Wenetach), Cyklopach, Gorgonie.

Niezwykle ciekawa jest też etymologia Kolchidy, którą niektórzy tłumaczą na Chaldoi (kowal), czyli Chaldeję (krainę Chaldejczyków), skąd miał przybyć biblijny Abraham (Kasdi znane też jako Chaldoi). Kolkhid natomiast oznacza kotlarza.

Biblia mówi o rasie gigantów znanej jako „Rephaim” (Reptilian?), która występuje również w mitologii greckiej, znanej, jako Arimaspianie, plemię jednookich ludzi, którzy mieszkali u podnóża gór Rhipaean (Ryfejskich), w północnej Scytii.

Niezwykle intersujące jest to, że plemię Swanów, zwane jest też jako Pasid (Phasians – Phasis), jak jeden z portów w Kolchidii. Rzeka Phasis (biblijna Pison) zwana była „Złotą Rzeką”. Phasis mi kojarzy się z imieniem Pasidan (Posejdon). Don, jak wiemy, oznacza po prostu rzekę, więc Pasi-Don to rzeka plemienia Pasis. Posejdon był także ojcem Kriosa Khysomallosa (Barana Złotego Runa, a także wiązano go z mitem Atlantydy. Gaj Aresa (Ar z grecką końcówką –es) również był lokowany w Colchis, ale to temat na oddzielną książkę.

Kolchidia

Mapa: Kolchidia i Iberia

Na mapie Kolchidii w starożytności widzimy też przy okazji, nazwy które znamy z innych części Europy, jak Iberia, czy Albania (Aeria). Ktoś je tam musiał zanieść, o czym też pisałem w książce „Rodowód Słowian”. Ze względu na pojawienie się nazwy Iberia w Galii, niektórzy być może błędnie lokalizowali tam „filary Herculesa”. Atlas był bratem Prometeusza, więc prawdopodobnie też jego legenda związana jest nie z Oceanem Atlantyckim ale Morzem Czarnym.

Podczas jednej z moich podróży do Gruzji (byłem tam 6 razy), odkryłem, że znajduje się tam też miasto Wani, zamieszkałe przez… Wanów, czyżby tych samych, co walczyli z Asami według skandynawskich sag? Jeżeli Asowie to Ariowie, czyli Persowie (piersi), a Wendowie (Słowianie) to szlachetni Wanowie (Panowie, bo wan=ban=pan, jak pal=bal, palka=walka).

W Biblii (Genesis 2:11) czytamy o Havilah – krainie, gdzie jest złoto, co niektórzy kojarzą z Colchią. To by nam wyjaśniało skąd Kolchidianie mieli zloto na złocenie run na baranich skórach.

W każdym bądź razie Pula to tak naprawdę Pola. W klasycznej starożytności zamieszkiwało tutaj plemię pod łacińską nazwą Histri, plemię weneckie lub iliryjskie zanotowane przez Strabo w I wieku n.e. Półwysep Istria został podbity przez Rzymian w 177 p.n.e.

Panonia

Panonia w I w. ne

W I w. ne. po zwycięstwie Octaviana nad Cassiusem i zburzeniu miasta, na życzenie córki cesarza Julii zostało ono odbudowane i nazwane Colonia Pietas Iulia Pola Pollentia Herculanea, w skrócie Pietas Iulia (obowiązek Julii). Kolonia była częścią regionu Venetia i Histria.

A teraz bomba. Co oznacza po łacinie „hister”? Ano dziwnym trafem „pan”, czyli Histria, Istria to inaczej Panonia. Taka nazwa znana jest co prawda dla obszaru położonego bardziej na północ, ale to stamtąd mają się według niektórych naszych kronikarzy wywodzić Polacy (polskie Pany). Hister, Ister to także łacińska nazwa dolnego Dunaju. Histriowie, czyli Danajowie to u Homera inna nazwa Achajów (Lachajów?). Zatem łacińskim odpowiednikiem nazwy Panonia jest Histeria. Czyżby to był źródłosłów dla wyrazu “historia”, który z przymrużeniem oka w wykonaniu co niektórych zacietrzewionych i upolitycznionych historyków można nazwać “histerią”?

Co istotne, podczas prac archeologicznych znaleziono tam część pomnika Apolla, którego już samo imię jest związane z rdzeniem *pol. A mit wiąże go z Hyperboreą i północą. Boreasza, greckiego boga północnego wiatru, nawet angielski Wikisłownik wyprowadza od słowiańskiego słowa „gora”. Niektórzy polscy kronikarze wywodzą nazwę Polan, nie od „pola”, ale od „polaris” – gwiazdy północnej. Coś za dużo tu przypadków. Zostawmy też na razie jakieś dziwne podobieństwa słowiańskiego opola do greckiego polis.

Jak widać jest wiele przesłanek świadczących o tym, że Słowianie (Sło+Wani, Swani = s+Wani, czyli „z Wanów”) to lud sarmacki wywodzący się z Kolchidii. Mogli oni przejść w pewnym okresie do Paflagonii i stamtąd pod nazwą Enetów ruszyli walczyć pod Troją. Potem dotarli nad Adriatyk, do Retii i potem nad Bałtyk, gdzie zmieszali się ze Staroeuropejczykami.

 

Tomasz J. Kosiński

24.02.2020

 

[1] https://la.wikipedia.org/wiki/Pietas_Iulia

[2] https://en.wikipedia.org/wiki/Pula

Wielka Lechia – wywiad z historykiem, czyli pleć pleciugo byle długo

Wideoprezentacje Wielka Lechia

Na YT na kanale wideoprezentacje znajduje się jeden z wielu filmików mających na celu wyjaśnić czym jest teoria Wielkiej Lechii, a demaskatorem rzekomych wymysłów na ten temat ma być historyk, nieważne jakiej rangi i z jaką wiedzą.

Wielka Lechia – wywiad z historykiem, czyli pleć pleciugo byle długo na YT

W filmiku pt. Wielka Lechia wywiad z historykiem, czyli Ator rozmawia z Pawłem Staszczakiem standardowo słyszymy same frazesy przeczytane z hejterskich blogów przez nikomu nie znanego, młodego człowieka, przedstawianego jako historyka, choć poza oprowadzaniem wycieczek, to żadnych badań on nie prowadzi, więc to raczej absolwent historii, a nie historyk.

Na pierwszy ogień idzie oczywiście Kronika Prokosza, która uznawana jest za Biblię Lechitów, choć ja i kilka innych osób uznawanych za zwolenników Wielkiej Lechii mamy sceptyczny stosunek do tego źródła, ale widocznie Wielka Lechia to tylko Bieszk i Szydlowski, reszta hop do tego samego wora.

Dowiadujemy się, że Lelewel był masonem, ale dobrym. Staszczak nie bierze pod uwagę, że słownictwo kroniki Prokosza jest współczesne, bo to przepisana kopia, dlatego rękopis jest na papierze, a nie pergaminie. Nikt nie twierdzi, że rękopis pochodzi z X wieku, ale że zawiera informacje pochodzące z kroniki z tamtego okresu. Kompilator z XVIII wieku mógł uwspółcześnić jej zapisy dla współczesnego mu czytelnika, by lepiej rozumiano te zapisy. Kwestia do ustalenia czy opierał on się na rzeczywiście istniejącej kronice lub jej kopii, czy to powymyślał opierając się częściowo na treściach innych zachowanych kronik, które zresztą komentator przytacza, nawet z XVI wieku. Twierdzenie, że ktoś może zakladać, iż cały tekst to jakiś artefakt z X wieku jest idiotyczne, a przypisywanie takiego poglądu Wielkolechitom jest celową manipulacją. Historyk Staszczak zrobił research na temat Wielkiej Lechii i Kroniki Prokosza, ale nawet nie wie, że rękopis znajduje się w zbiorach Biblioteki Narodowej.

Ator tłumaczy, że polscy kronikarze zmyślali, bo potrzebny był nam mit założycielski. Zapowiada też zrobienie odcinka o tym dlaczego królom opłacało się wstąpić do unii chrześcijańskich państw. Według niego główny powód to fakt, że stawali się pomazańcami bożymi, dzięki czemu można było wprowadzić większy zamordyzm w celu zagwarantowania spokoju społecznego. Czyli nasz wideobloger pośrednio sugeruje, że demokracja wiecowa, czyli dzisiaj parlamentarna, to przyczyna niepokojów społecznych i lepsza jest monarchia absolutna.
Prowadzący wyraża natomiast wątpliwości dlaczego pewne rzeczy u uznanych kronikarzy jak Kadłubek i Dzierzwa są uznawane za prawdę, a te o Lechii nie.

Informuje widzów, że polska szlachta uważała się za potomków Jafeta, a chłopów za potomków Chama, stąd wieśniaków nazywano chamami, co miało pejoratywny wydźwięk, bo to Jafet był tym dobrym synem Noego, a Cham złym, którego powinna spotkać boża kara. Podkreśla tym oczywiście negatywny wizerunek szlachty polskiej, nie jako obrońców kraju i twórców jego dumnej historii, o której tyle nasz historyk plecie, ale jako wyzyskiwaczy chłopów, ochlajtusów i sprzedawczyków, którzy doprowadzili do rozbiorów. Oczywiście nasi sąsiedzi nie mieli wyjścia i w obronie tychże chłopów rozgrabili nasz kraj, uciskając ich potem jeszcze bardziej, a dodatkowo germanizując i rusyfikując.

Młody historyk twierdzi, że są źródła pierwotne z czasów podbojów Aleksandra Mecedońskiego czy Juliusza Cezara, w których nie ma mowy o Imperium Lechitów. Nie dopuszcza jednak myśli, że pojęcie Germania to termin geograficzny i tak go traktował jeszcze Helmold czy Adam z Bremy pisząc, że “Słowiańszczyzna to największa z krain Germanii”. Jeśli przyjmiemy, że Germania Liberia to rzymska nazwa Lechii, wtedy argumentacja Staszczaka i jemu podobnych historyków jest nieprawdziwa. Może też nie wie, że Grecy walczyli z Sarmatami o czym jest wiele wzmianek historycznych. Kwestia tylko do ostatecznego ustalenia czy Sarmaci to nie inna nazwa Lechitów.
Zresztą Hunowie też przed inwazją na Rzym w IV wieku nie byli wymieniani w rzymskich ani greckich pismach pod taką nazwą, a jednak nie wiadomo skąd się pojawili i doprowadzili do spustoszenia Imperium Rzymskiego.

Argumentem za germańskoscią Gotów ma być język z Biblii Wulfilli zapisany wymyślonym przez niego alfabecie, dziś nazywanym gockim, choć jak wiemy mieli oni swoje runy i poza sztucznie stworzoną w tymże wymyślonym alfabecie Biblią nie mamy innych artefaktów w nim zapisanych. Ojcze nasz po gocku ma być zdaniem Staszczaka identyczne jak po niemiecku. Oj chyba nie widział tego tekstu, który jest tak samo podobny do staroniemieckiego jak i starosłowiańskiego.

Historyk wypowiada kolejny frazes, jak turbogermańską mantrę, że genetyka nie determinuje etnosu, ale to samo można powiedzieć o skorupach czy zapiskach historycznych, na których jednak sam opiera swoją wiedzę o migracjach i siedzibach poszczególnych grup etnicznych. Jednocześnie przyznaje, że na naszych ziemiach istniała kilkutysięczna ciągłość osadnicza.
Podaje jakieś absurdalne przykłady, że Grecy podbici przez Turków, mimo innych genów stali się muzułmanami, tak jak porwane przez Niemców polskie dzieci czują się teraz Niemcami, bo zostały wychowane w niemieckiej kulturze.

Wystarczy jednak podać przykład Wojciecha Kętrzyńskiego, który był zgermanizowanym Polakiem, a gdy dowiedział się o swoich korzeniach, przyjął polskie nazwisko oraz zaczął pisać o polskim dziedzictwie. Podobnie rzecz się miała z wielu innymi przymusowo ukulturalnianymi ludźmi, co pokazuje, że przywiązanie rodowe jest silniejsze niż narzucona kultura.

Ator przyznaje, że Rzymianie zakłamywali fakty o barbarzyńcach w obawie przed ich odmiennymi zasadami społecznymi, które mogłyby zarazić Rzym, np. równouprawnienie kobiet, co nasz specjalista od historii zbywa milczeniem.

Sprawę bitwy nad Tollense nasz, kompletnie nie zorientowany w wynikach badań genetycznych znalezionych tam szkieletów, historyk podsumowuje jedynie, że ona się wydarzyła, choć nie ma o niej zapisów historycznych. Ojej, czyli dla historyków nie powinna istnieć, dlatego więcej nic nie mówi na jej temat i nie wspomina, że w pierwszym komunikacie podano, iż znaleziono materiał genetyczny podobny do współczesnych Polaków, Skandynawów i ludów z południa Europy.

Nie zauważa, że skoro w Biblii jest zapis, że Samson przybył do Lechii to kraina ta musiała się tak nazywać przed jego przybyciem, a on tylko według tego opisu nazwał samo wzgórze Ramat Lechi, czyli Lechickie Wzgórze jako miejsce, gdzie pokonał Filistynów. Jeśli ktoś chce wierzyć, że zrobił to oślą szczęką to już jego sprawa. To, że w obecnym słowniku hebrajskim “lehi” znaczy szczęka, nie oznacza, że to od szczęki powstała nazwa krainy. Zapewne i samo wzgórze też ma podobny, lechicki rodowód, a Żydzi obcą nazwę skojarzyli ze swoim słowem “szczęka” i wymyślili bajkę o Samsonie pokonującym tam Filistynów. Historyk każe nam jednak wierzyć w cudowną moc oślej szczęki. Dziękujemy.

Poczet jasnogórski nazywa XVIII-wieczną propagandą i galeryjką. Jak widać ma “duży” szacunek do pielęgnowania tradycji historycznej przez środowiska kościelne.

Oczywiście młody historyk stwierdza jednoznacznie, że na tablicy na kolumnie Zygmunta III Wazy w Warszawie jest zapis, że był on 44 królem Szwecji. Nie wyjaśnia, że tablica dotyczy króla Polski, a  w ówczesnych pocztach wymieniano akurat 44 władców naszego kraju i że ta zbieżność z tym, że to w Polsce panował 44 lata, a w Szwecji tylko kilka, miała tegoż króla czynić kimś wyjątkowym, jak pisał Mickiewicz “a liczba jego 44”.

O mapie Lechia Empire mówi, że wiele osób uznaje ją za autentyk, choć mało kto tak kiedykolwiek twierdził. Nawet Bieszk podkreślał, że to amatorska rekonstrukcja, ale zgodna z prawdą historyczną. To krytycy teorii Wielkiej Lechii na siłę i celowo forsują wersję, że ma to być największy dowód na istnienie Imperium Lechitów w celu ośmieszenia jej zwolenników.

Wiąże także błędnie nazwę Lechów z Lędzianami plotąc coś bez przekonania, że to oni, a nie Polanie mogli założyć Państwo Piastowskie, bo na istnienie Polan nie ma dokumentów. Aktu urodzenia Mieszka I też nie ma, co nie znaczy, że spadł z nieba. Ale logika jak widać rzadko towarzyszy rozważaniom historycznym naszych “uczonych”. Poza tym o przodkach Mieszka I pisał chociażby Widukind, więc czemuż to historycy uważają ich za postacie legendarne?

Staszczak ironicznie pyta dlaczego Kościół nie zniszczył informacji o innych pogańskich imperiach, jak Babilonia, Egipt, Grecja czy Rzym, na co akurat Ator mądrze odpowiada, że tamte imperia nie istniały już w czasach tworzenia potęgi kościelnej, więc nie stanowiły takiego zagrożenia jak oporni Słowianie.

Historyk w równie ironiczny sposób pyta czemu to, co znamy o Lechii zostało zapisane przez kościelnych duchownych, skoro to Kościół miał niszczyć ślady po jej istnieniu. Prowadzący znów prosto mu odpowiada, że widocznie nie wszystko udało się zniszczyć. Swoją drogą obaj panowie nie zauważają, że w Kościele też istniały różne frakcje oraz, że pismo od wieków, także w czasach pogańskich, było domeną kapłanów, gdyż miało charakter głównie sakralny, jako pochodzące od Boga i jemu przeznaczone, stąd napisy na nagrobkach, czy pod posągami idoli.

Na koniec Staszczak gra już wyraźnie katolicką kartą o 1000 letniej dumnej historii Polski od czasów Mieszka I, a doszukiwanie się wcześniejszych przejawów istnienia jakiejś państwowości na naszych ziemiach nazywa “dorabianiem protezy historycznej”.

Na dobitkę, mimo przytaczania wcześniej kościelnych kronikarzy piszących o Lechii, którym zarzucał patriotyczne fantazjowanie, stwierdza, że początki mitu Wielkiej Lechii wywodzą się z rosyjskiego panslawizmu, wykazując się zarówno brakiem zrozumienia i genezy powstania obu idei, jak też nieznajomością sceptycznych wobec Rosji poglądów jej wielu obecnych zwolenników, jak chociażby Szydłowski czy Białczyński.

By uwiarygodnić swoje dyrdymały, Staszczak przyznaje, że jego opinia opiera się na opini innych uznanych historyków, bez podania ich nazwisk, którzy nie byli jego zdaniem przekupieni. Ciekawe jakiż to uznany historyk twierdzi, że napis na tablicy na kolumnie Zygmunta III Wazy o 44 królu Polski dotyczy tylko panowania w Szwecji? Nie zauważa, że jest to powielanie paradygmatów naukowych  i bzdurnej argumentacji internetowych hejterów podających się jak on sam za historyków. Historia jest i była upolityczniana, a ci, co nie potrafią sami myśleć niezależnie robią za użytecznych idiotów, powielających stworzone ze względów politycznych frazesy i kłamstwa.

Cały wywiad to żenujący pokaż ignorancji i arogancji środowiska krytyków Wielkiej Lechii. Widać nawet, że samego prowadzącego nawet te oklepane banały i oskarżenia nie przekonały. Czekamy na kolejnych odważnych historyków, którzy w podobny sposób chcą się ośmieszać firmując dogmaty rodem z zaborów.

Może też ktoś wpadnie na pomysł, by zaprosić przedstawicieli obu stron sporu. No ale przecież polemika z głupstwem nie ma sensu, lepiej i bezpieczniej pleść swoje. A nuż to głupstwo wykazałoby kto tak naprawdę plecie głupoty.

Tomasz J. Kosiński

21.02.2020

Czy Marbod to Krak?

Marobud

Marbod, według oficjalnej wersji historii i Wikipedii to łac. Maroboduus, z celt. Wielki Kruk (ur. ok. 30 p.n.e., zm. 37 n.e. w Rawennie) – władca (król) plemienia Markomanów.

Może tu chodzić o Kroka-Kraka znanego z czeskich i polskich legend. Czescy kronikarze pisali, że Krok (Kruk) założył Bohemię, czyli pierwsze państwo czeskie. Legendy mówią też, że Krak wrócił w rodzinne strony, a nie przyszedł z jakiegoś obcego kraju, co by też pasowało do życiorysu Marboda. Wiele wskazuje na to, że to celtyckie imię Kraka, a Markomani to nie plemię germańskie, w rozumieniu protoniemieckie, ale jedno protosłowiańskich.

Czesi uważają Marboda za króla Morawian, czyli de facto pierwszego władcę Czechów.[1]

Zresztą celtyckość Bojów (Wojów, Bojowników) też jest wątpliwa i opiera się tylko na odkryciach archeologicznych, które można różnie interpretować, bo nieznany jest ich język, choć miano mają na wskroś słowiańskie.

[1] https://zpravy.tiscali.cz/marobud-prvni-cesky-kral-barbar-spise-rodem-nez-rozumem-272530

 

 

Suewowie to Słewowie (Slowianie)

Suevi Galicja

Kiedyś Adrian Leszczyński słusznie zwracał uwagę na słowiańską etymologię władców Wandalów. Nie wszystkie jego rekonstrukcje są według mnie trafne, ale chwała mu za rozpracowanie tego tematu i obnażenie kolejnego turbogermańskiego kłamstwa.

Sama nazwa Wandalów wywodzi się zapewne od Vindelici, gdzie Vinde oznacza Wenetów (Wendów), a Lici – Lechów, jak dawniej po łacinie zwano rzekę Lech – Licus, co widać na mapach, a pisał o tym także J. Bieszk. Zatem Wandalowie z łacińska to Wandalici, a z polska Wendolechici. A z racji, że greckie lexi to słowo, możemy zakładać, że Lechowie to Sławowie, a Słowianie to Sławo-Wanowie (Wenetowie – Wandowie). Tak więc etnonim Wandalowie to synonim Słowianie.

Należy przy tym dodać, że według mnie “sława” to “mowa”, bo “sławić” to “mówić” dobrze o kimś, o czym, stąd mamy też czasownik “wysławiać się”, które to słowo z czasem zaczęto uznawać też za synonim terminu “chwała”. Dlatego Sławianie i Słowianie to synonimy i spór w kwestii, która nazwa jest bardziej właściwa uważam za nieporozumienie.

Równie przekłamaną nazwą jest etnonim Swebowie, powstały od łacińskiego zapisu Suevi, Seuvi, co wynikało z faktu, że w łacinie nie było Ł ani W, które to głoski wyrażano literami U lub B. Nawet J. Grimm, ojciec niemieckiej lingwistyki uznawał, że Swewowie to Sławowie. Jakoś jednak Niemcy go nie chcieli słuchać i zrobili ze Sławów – Swabów (Schwabów – Szwabów).

Przyjrzyjmy się zatem imionom niektórych sławskich władców w Galicji:
• Hermeryk (co najmniej 409-438) – to skrócona wersja imienia Hermanaryk, her – hora, góra, man – mąż, ryk – ryczący, czyli to Ryczący Góral. Prawdopodobnie słowo ryk – ryczący było synonimem określenia groźny. Wojownicy ruszali do boju z wrzaskiem, którym próbowano wystraszyć przeciwników. Dlatego innym określeniem woja był rycerz, od czes. řiči, ros. reči, stpol. rzec – mówić, krzyczeć.
• Rechila (438-448) – Reczila(h), tj. Mówiący (Ryczący) Lach, bo rdzeń *rech to psłow. *rekti ‘mówić, powiedzieć, nazwać’, stpol. rzec (stąd też rechotać), stczes. řéči, řku, czes. řiči, řeknu ‘powiedzieć; dać nazwę, nazwać’, ros. reči, rekú ‘mówić, powiedzieć’, pokrewne z lit. rěkti ‘krzyczeć’, a dalej też m.in. z goc. rahnjan ‘liczyć’; pie. *rek- ‘krzyczeć, mówić’. W drugim rdzeniu tego imienia *la(h), głoska H jest niema, dlatego też często ją pomijano w zapisie. Reczila jest skrótem od Reczilach, zapisywanej w łacinie, jako Rechilach (Rechilah). Wiązało się to zapewne z odmianą gramatyczną przez przypadki tego imienia, jako Reczila, Reczilą, Reczile, jako prostszej aniżeli Rechilachem, Rechilahu (Rechilahowi).
• Rechiar (448-456) – to imię potwierdza nam etymologię Rechila, gdyż tutaj drugi rdzeń nawiązuje do synonimu Lacha, czyli Ar – Aria. Jest to zatem Recziar, Mówiący Arianin. Sławowie w Galicji, jak wiadomo, przyjęli arianizm, więc rdzeń *ar w ich imionach nie powinien dziwić.
• Framtan (457) – możliwe, że to Pramtan, bo znana jest oboczność F=P, a *pram może być skrótem od pramyj – prawy, sprawiedliwy, dumny (jak Priam), natomiast *tan to toń, nurt (jak Tanais, taniec), byłby to zatem Prawy Nurt. Może to nie jest pierwotne imię, a tylko przydomek, który wziął się stąd, że rządził on tylko na terenach w dolinie rzeki Duero, kto wie czy nie właśnie po jej prawej stronie.
• Maldras (456-460) – Mal to mały, *dras – drago, smok (drapieżca, od drapania, pazurów), zatem to Mały Smok.
• Frumar (460-464) – znany też jako Frumariusz, więc etymologia tego imienia może się wiązać, podobnie jak u Framtana, ze słowem pramyj, zatem to Prawy Arianin.
• Rechimund (460-co najmniej 468) – wiemy już, że *rechi to reczi, czyli mówić, ale *mund, kojarzone z marszu z niemieckim pochodzeniem, jest po części prawdziwe, gdyż jest to zapożyczona przez plemiona teutońskie zlatynizowana wersja słowiańskiego słowa „mundry” – mądry, zatem chodzi tu imię o znaczeniu Mówiący (Ryczący) Mędrzec, albo Mądry Mówca.
• Chararyk (ok. 550-559) – *chara to oczywiście hora, góra, a ryk – ryczący, więc to po prostu jeszcze krótsza wersja Hermanaryka i Hemeryka, bez rdzenia *man, czyli to też Ryczący (Groźny) Góral lub Rycerz z Gór., ewentualnie Wielki Rycerz.
• Teudemir (561/66-569) – Ludomir, od teut – lud (od tego rdzenia pochodzi nazwa Teutonów – ludzi znad toni, wody), przy czym należy zauważyć, że imię Teuta nosiła iliryjska królowa i ma ono praidoeuropejskie pochodzenie – pie. teut – plemię.
• Miro (569-583) – jeśli ktoś próbuje to imię wyprowadzać z jakichś wymyślonych nibygermańskich słów, zamiast od słowiańskiego słowa *mir, to ewidentnie stosuje antysłowiańskie zabiegi, a z ludzi czyni idiotów.
• Eboryk (583/84) – wygląda to na skrót od Neboryk, czyli byłby to Niebiański Rycerz.

Chyba jasno widać, że zarówno sam etnonim Sławowie (Swewowie) jak i imiona sławskich władców, są słowiańskie, zatem i sam lud Swewów możemy uznać za Słowian.

 

Tomasz J. Kosiński

20.02.2020

 

Wandiluzja Wilhelma Tella polskiej archeologii

Okładka Wandaluzja

Juliusz Prawdzic-Tell na swej stronie wandaluzja.pl tworzy nową mitologię polską na bazie własnych wymysłów, luźnych skojarzeń i wybiórczego doboru faktów. Rzadko podaje źródła swych rewelacji. Jego teksty to bezładny zapis myśli, bez stylu, bez porządku, bez sensu.

Poniżej próbka jego możliwości erudycyjnych ze Wstępu do Wandaluzji:
“Wg Prometeomachii to król Egejów Prometeusz, który zbudował obecną katedrę w Palermo, chcąc zdobyć metalurgię brdneńską wyprawił się do Czech przeciw Trytonowi, któremu w sukurs podążył Chejron z Jutlandii, który przegrał. Wobec tego do Bohemii popłynął Łabą król Hellenów Posejdon, który pojmał Prometeusza. Posejdon, panując nad kilkoma metalurgiami, zbudował miasto, które nazwano Posonium-POZNAŃ.   Architektury Prometeusza i Posejdona były STROPOWE i zachowała się jako kościoły targowe, administrowane w średniowieczu przez dominikanów. Pałac Posejdona w Poznaniu zachował się jako obecny klasztor jezuitów a jego grobowiec był w kaplicy II na Ostrowie, którą rozebrała Dobrawę na mauzoleum dla siebie w postaci obecnej kaplicy Mariackiej (III). Rynek we Wrocławiu budował zięć Posejdona Tymoteusz….” itd.

Również zdolności etymologiczne autora przebijają wszystkich. Pierwszy przykład z brzegu: “Jan Luksemburski zburzył zamek GARGAMELL w Krakowie oraz zdobył Sieradz, Wenedę i Płock. Sieradz i Wenedę kazał rozebrać na cegłą dla Królewca a Megalityczny Płock na WAPNO. To co zostało z Wenedy nazwał Big Ghost czyli Bydgoszcz.” Dobre, król z niemieckiego rodu w XIV wieku nazywa rzekomo zburzone miasto w Polsce po angielsku.

To jeszcze nic, etnonim Cymbrów wyprowadza od… Cymbałów, a nazwa Neurowie, użyta przez Herodota może, według Prawdzica, pochodzić od Góry Narad w Poznaniu, gdzie był Sejm. Arminiusz to Armeńczyk, Odoaker – Odyniec, a Skarb Nibelungów to Skarb Niebłogi. Takich “potworków” słownych będących efektem jego pseudoetymologicznych rozważań jest u Prawdzica cała masa.

Okazjonalnie zdarza mu się przytoczyć jakieś źródło dla uwiarygodnienia swoich wynurzeń, jak choćby: “Tą kwalifikację potwierdzają też dane, że pod Troją byli Słowianie (Strzelczyk J., Od Prasłowian do Polaków; Dzieje Narodu i Państwa Polskiego, KAW Kraków 1987, s. 21).” Problem tylko w tym czy w tym źródle rzeczywiście znajduje się to, o czym pisze nasz fantasta. Jeśli Strzelczyk rzeczywiście wspominał  gdziekolwiek i kiedykolwiek na poważnie o Slowianach pod Troją, to odszczekam wszystko, co pisałem złego na jego temat.

Jakże miło czyta się nie tylko o Frygach z Pragi, Kroku-Kronosie, albo o starożytności mojego rodzinnego miasta Kielce, tyle tylko, że to bzdury jakich mało: “Panowało przekonanie, że wojna trojańska była światową wojną przeciw hetyckiemu monopolowi żelaza i stali, ale okazało się, że Imperium Hetyckie było bliskowschodnim dystrybutorem Żelaza Ryskiego i aryjskiego stalownictwa kieleckiego. Potentatami były Żelazo Gdańskie i stalownictwo śląskie, toteż gdy doszło do porozumienia między Rygą a Kielcami oraz Wrocławiem i Pragą to między tymi lwami musiało dojść do śmiertelnej walki, którą zażegnał Achilles z Pragi wywołaniem Wojny Trojańskiej.”

Jego wizję historii możemy nazwać Wandiluzją. Nawet przy dużej chęci i sympatii dla lechickiej idei nie da się tych fantasmagorii traktować poważnie. Jest tyle nieodkrytych i zakłamanych spraw z naszych dziejów, że tworzenie nowych wymysłów i dziecięcych interpretacji jedynie gmatwa całą sprawę i wygląda, albo na celową robotę ośmieszenia teorii Wielkiej Lechii, albo produkt schizofrenicznego umysłu autora.

Prawdzic przedstawia się jako naukowiec, a dokładniej archeolog reprezentujący
Lwowsko-Wrocławską Szkołę, której przedstawicieli “wytruto jako nacjonalistów i został Tylko On”. Cud po prostu, albo oszczędzono go, bo nie był nacjonalistą, czyli patriotą polskim. Ma być kolegą m. in. Kostrzewskiego i Szczepańskiego, autorem książek i artykułów naukowych. Jeśli to prawda, to można pogratulować polskiej nauce takich przedstawicieli. Przy nim “niedouczeni” turbolechici, w ocenie turbogermanów, jak Szydłowski, Bieszk, czy Białczyński, to profesorowie.

Książkę Prawdzica wydało katolickie wydawnictwo “Powrót do natury”, co też daje do myślenia.

Jego praca intryguje i może inspirować do dalszych poszukiwań, ale trzeba uważać, by w procesie szukania prawdy nie wpaść we własne sidła, tak jak Prawdzic. Zastępowanie kłamst fantasmagoriami jest iluzją prawdy, wandalstwem naukowym, Wandiluzją.

Tomasz J. Kosiński
17.02.2020

Marucha, czyli ruski gajowy, który chciał być plebanem

Gajowy

Znany onegdaj bloger Gajowy Marucha, czyli Mirosław Jan Wiechowski, obecnie emeryt na emigracji w Szwecji, udostępniający kiedyś na swoich stronach turbolechickie książki Winicjusza Kossakowskiego, Lubomira Czupkiewicza, Tadeusza Millera, czy Janusza Bieszka, okazał się kato-narodowym panslawistą. Z upływem lat, widocznie zatęsknił na starość na emigracji za choinką, która niestety jest dość późnym zapożyczeniem od protestantów, a w jego przekonaniu była zawsze symbolem polskiej tradycji. Podobną traumę przeżył, gdy się dowiedział, że stajenka ze żłóbkiem to wymysł świętego Franciszka, a nie Józefa i Maryi. Nie przeszkadza mu to jednak w pielęgnowaniu tej dość fałszywej, jak się okazuje, polskiej tradycji, a turbosłowiańskie teorie traktuje jak zamach na polską tożsamość. No bo tylko pod krzyżem i pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem.

Pisze o tym w swoim artykule “Szlachetny dzikus walczy z Watykanem”. https://marucha.wordpress.com/2019/10/27/szlachetny-dzikus-walczy-z-watykanem/

Swoje rozważania zaczyna bez ogródek w stylu swego kolegi ideowego Michalkiewicza: “Nie mogę się pozbyć natarczywego przekonania, że ci źle czujący się w Polsce nieszczęśnicy, a którzy chcieliby wygonić „watykańskiego okupanta” z Polski, sami wywodzą się ze „sławiańskich” rodzin, niczym kupa gówna nawiezionych nam tutaj przez sowieckie czołgi.”

Jego postrzeganie słowiaństwa i rodzimowierstwa, jako prymitywnej kultury, którą dzięki Bogu zastąpiło wysoko rozwinięte i dobre z natury chrześcijaństwo, aż razi naiwnością.
Rozczula się, że: “Rok polskiego chłopa od wieków zrośnięty jest z tradycją chrześcijańską, por. Zofia Kossak-Szczucka ‘Rok polski” (te wszystkie świątki, rzeźby Chrystusa Frasobliwego, kapliczki i odprawiane przy nich nabożeństwa majowe – no ale tak jak francuscy jakobini, tak nasi „turbosłowianie” chcieliby nagle odebrać polskiemu chłopu jego duszę i kazać mu w łapciach z łyka hasać wokół dębu.”

Wychwala przy tym Mickiewicza i Słowackiego jako gigantów światowej kultury i literatury, zapominając, że byli oni akurat romantycznymi piewcami Słowiańszczyzny w jej pogańskim wydaniu.

Aktorowi Krzysztofowi Pieczyńskiemu, który ośmiela się krytykować Kościół w Polsce, zarzuca “antykatolicką obsesję wskazującą na wariactwo w sensie medycznym”.

Naigrywa się też z blogera Jacniackiego, który “w desperackiej potrzebie przedchrześcijańskiej tradycji Wielkiej Lechii sięga po mądrości Wed i Awesty”. Sam Marucha określa się fanem kultury klasycznej i nijak nie może dostrzec związków kulturowych między Słowiańszczyzną a wedyzmem.

Legendy przytaczane przez Błogosławionego Kadłubka uznaje za fantazje umysłu ukształtowanego przez klasycystyczną edukację. Ujmuje to słowami: “Idźmy dalej – smok wawelski „całożerca”, Polacy odnoszący zwycięstwa nad Aleksandrem Wielkim i Juliuszem Cezarem (wszystko to według turbo-ignorantów „spalone i zatajone przez Watykan i Niemców”) to wynik klasycznych z samej swojej zasady studiów Wincentego Kadłubka we Włoszech (być może Francji), zaś sama koncepcja kroniki zapożyczona jest z jedynego wówczas znanego na Zachodzie dialogu platońskiego czyli Timajosa (tego od Atlantydy).”

W ogóle, jak się okazuje, nasz” leśny patriota” ma awersję na przejawy słowiańskiej kultury, co podkreśla pisząc m. in. “Typowo słowiańskie są – być może – wywołujące u mnie odruch wymiotny krajki ukraińskie; krajki rosyjskie są bardziej do przyjęcia, ponieważ są stylizowane.”

Co ciekawe, na prosłowiański patriotyzm Maruchy dało się nabrać kiedyś bardzo wielu. Nasz ulubiony, acz nieszczęsny bloger Paweł Miłosz z Seczytam, śledzący po nocach i łapiący za każde słowo Wielkolechitów, jak hycel kudłatego psa, uznaje nawet Wiechowskiego za jednego z pierwszych piewców turbolechityzmu w internetach. Pierwsze ślady turbolechickie w komentarzach pod notkami Gajowego Maruchy, jakie P. Miłosz znalazł, mają pochodzić z 2009 roku. Trzy lata później Gajowy miał udostępnić piracką wersję książki Czupkiewicza, którą sam miał tak komentować: “esencją tematu są fakty, że Słowianie zamieszkują swoje ziemie od tysiącleci, że Państwo Polskie jest dużo starsze niż 1000 lat, że to od nas się uczono kultury a nie my od nich. (…) Niezależnie od wyznawanych teorii, pewne fakty się zgadzają. (…) Komuś przeszkadza nasza historia. Może tym, którzy utrzymują, że Polskę założyli Żydzi?”.

http://seczytam.blogspot.com/2017/10/jak-przyjaciele-michalkiewicza.html?m=1

Obecny prześmiewca run słowiańskich kiedyś pod książką Winicjusza Kossakowskiego pisał “Jakby nie patrzeć, nie byliśmy jakimś niepiśmiennym, prymitywnym ludem jaskiniowców, jak chcieli by historycy niemieccy i żydowscy.”

Jak ustalił Marcin Rey, swoją drogą też dość kontrowersyjna i podejrzana postać zajmująca się dekonspirowaniem rosyjskich agentów wpływu, Gajowy Marucha to Mirosław Jan Wiechowski, starszy pan, który od wczesnych lat osiemdziesiątych mieszka w Szwecji w miejscowości Solna, w północnych przedmieściach Sztokholmu. W czasach PRL, według Reya, był członkiem partii komunistycznej i sympatyzował ze środowiskiem gen. Moczara, które później utworzyło niesławne Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald”, związane z komunistycznym betonem na usługach Moskwy. Po upadku komuny, niektórzy członkowie Grunwaldu dołączyli do Partii X Stana Tymińskiego, potem wspierali Samoobronę i bawili się w mediach ojca Rydzyka.

Rey, prowadzący nieistniejący już fejsbukowy profil Rosyjska V kolumna w Polsce, przekonuje, że Wiechowski ma spory udział w szerzeniu rosyjskiej propagandy antyukraińskiej w naszym kraju, naturalnym partnerem dla Polski i pozostałych narodów słowiańskich jest oczywiście Rosja. P. Miłosz, przytaczając proukraińsko ukierunkowanego Reya, uważa, że Marucha to “ciekawe połączenie komunisty, faszysty, rosyjskiego trolla, katolika i turbolechity.”

Niestety ten pozorny patriota, który chwali się, że “zaistniał na sieci jako gajowy Marucha już w roku 1995”, zachowuje się ostatnio przede wszystkim jak katolicki misjonarz w dżungli ze sztandarem “Bój się Panie Boga”, kląc szpetnie pod nosem na wszystko i wszystkich. Używanie wulgaryzmów i wyzwisk oraz ataki personalne to zresztą ulubiona forma prowadzenia “dyskusji” przez naszego internetowego weterana.

Sam pisze o sobie, że wierzy w Boga i kocha swój kraj. Zaznacza jednak, że “bliższy mi jest duchowo niemiecki patriota, niż polski kosmopolita”.

Na jego stronie można znaleźć do pobrania różnego rodzaju katechizmy, msze i rozważania księży, obok prac Adolfa Hitlera, Albina Siwaka, czy Feliksa Konecznego. Jakże się cieszę, że przypadkiem nie umieścił tam żadnej, spiratowanej mojej książki. Ta jego biblioteka online to gaj mieszany wielogatunkowy. Z lechityzmem ten typ udający “leśnego dziadka” nie ma jednak zbyt wiele wspólnego.

Z racji, że sam kończyłem kiedyś technikum leśne, choć studiowałem potem inne dyscypliny, chciałbym zakończyć tę opinię branżowym zawołaniem “Darz bór” panie plebanie i idź pan do diabła.

P.s.

Jego profil na Facebooku “Rosyjska V kolumna w Polsce” został zamknięty.
O blogerze Seczytam pisałem w innych moich polemikach dostępnych na stronie wedukacja.pl.

Tomasz J. Kosiński
09.02.2020

 

Rodzimowierczy ezoterycy też nie lubią turbosłowian

Apoge Reader

Na forumezo.pl niejaki Siliperius przytacza link do bloga innego anonima Khaliperiusa oceniającego moją książkę “Bogowie Słowian” jako.. pseudonaukową.

https://khaliperius.blogspot.com/2020/01/tomasz-j-kosinski-bogowie-sowian-bostwa.html?m=1

Czyż to nie brzmi zabawnie, gdy jacyś nawiedzeni ezoterycy, którzy naukę mają w głębokim poważaniu, zarzucają innym pseudonaukowość przy rozważaniach o nie dających się potwierdzić naukowo bogach? Sami zajmują się ezoteryką i bawią się w rodzimowierstwo w stylu Wiccan, po przejrzeniu co najwyżej książek H. Bławackiej, K. Moszyńskiego i może A. Brucknera oraz paru postów na Fejsie, a jednocześnie uważają, że wiedzą więcej o słowiańskich bogach niż tzw. turbosłowianie, do których mnie z marszu zaliczają.

Autor paszkwilu na temat mojej książki o słowiańskich bogach przyznaje szczerze, że nie zastanawiał się nad każdym zdaniem przeczytanym w omawianej przez niego lekturze, czego smutnym efektem jest niezrozumienie większości tematów, które, mimo tego, nie omieszkuje komentować.

Nie rozumie na przykład, dlaczego piszę o Trentowskim skoro zaznaczam, że miał tendencje do fantazjowania. Tego typu ludziom o ograniczonych umysłach, trudno pojąć, że można przy omawianiu tematu podawać też teorie osób, z którymi niekoniecznie musimy się zgadzać, co jest wyraźnie podkreślone.

Nie czai czym jest wspólnota bałkańsko-słowiańska, bo nie słyszał o Wenetach, czy Retach, którzy zamieszkiwali na północnym wybrzeżu Adriatyku i południowych Bałkanach, a wiele wskazuje na to, że to od tych starożytnych ludów pochodzą właśnie Bałtowie i Słowianie tworzący dawniej jedną grupę etniczno-jezykową. Wielu Litwinów do dziś uważa, że to ich przodkowie założyli Rzym. Dziedzictwo Etrusków, Wenetów i Retów, jak widać jest ezoterycznym rodzimowiercom obce.

Jeśli nasz religioznafca nie potrafi dostrzec nazw słowiańskich bogów w nazwach Makoszyn, Belno, Marzysz czy Czarnocin, to niech poczyta o Mokoszy, Belu (Belbogu), Marzie (Marzannie) i Cernie (Czernobogu), nawet w bibliografii podanej przeze mnie w książce.

Niestety nasz komentator woli wątpić, że tak napisano w publikacjach, do których się odwołuję, choć jak przyznaje nawet nie miał ich w rękach. Wiara jak widać jest tu ważniejsza od wiedzy. A właściwie to nie wiara, lecz próżne przekonanie, że ktoś kto ośmiela się wytykać niektórym rodzimowiercom profanację, może mieć rację. Zwykły, prostacki element samoobrony poprzez atak.

Khaliperius nie daje wiary, że Słowianie mogli przypisywać słowu “bel” wiele znaczeń, jak biel, wielki, jasny, czy północny. Twierdzi, że znali tylko słowo “siewier”, jako północ i tyle. Coś nam tu pachnie rusofilstwem. Ale odłóżmy to na bok.

Kłamliwie podaje też, że “Prawdziwymi bogami słowiańskimi są dla Kosińskiego m.in. Rad, Bel, Cern, Rok, Hambóg, Usład, Lutybóg, Cisłobóg, Ipabog, Bystrzec”, choć nigdzie nie twierdzę, że są oni prawdziwi, a jedynie podaję znaną mi wiedzę na ich temat, często wręcz tłumacząc, że to np. jedynie pomyłki odczytu tekstu, jak “Uslad”, powstały od błędnego opisu posągu Peruna w Kijowie, który miał “us zlaty’ (wąs złoty). Nasz “krytyk” celowo tego nie zauważa, gdyż jego motywacją jest wyłącznie próba ośmieszenia autora książki, a nie jakakolwiek rzeczowa recenzja.

Czepia się mieszania czyichś wypowiedzi z własnymi koncepcjami, choć książka popularnonaukowa to nie praca magisterska, by tylko podawać odniesienia do innych autorów, których swoją drogą licznie przywołuję w przypisach.

Razi go używanie przeze mnie słów “multiplikacja” czy “deizacja” i wymaga, by stosować słownikowe określenia jak “hipostaza” czy “deifikacja”. Cóż ja mogę poradzić na to, że Khalimeros nie rozumie pewnych słów. Niech sobie na przykład wejdzie na historycy.org i poczyta o deizacji rzymskich cesarzy. A jak nie wie, że multiplikacja to zwielokrotnianie, co było właśnie typową cechą Trentowskiego, tworzącego sztucznie nowe boskie byty z różnych ich przydomków, czego nie można nazwać hipostazami, zgodnie z przyjętą definicją, to może Pan Anonim niech zacznie najpierw dokładniej czytać komentowany przez siebie tekst, potem źródło, a na końcu słowniki, a nie odwrotnie.

Odradza mi też tworzenie nowego religioznawstwa. Aha, a więc o to chodzi. Czyli trzeba pisać to, co inni. Sęk w tym, że prawie każdy autor piszący o religii Słowian tworzył nowe religioznawstwo, polemizując ze swoimi kolegami po fachu, kłócąc się właśnie o definicje, nazwy, pochodzenie, funkcje, czy samo istnienie poszczególnych bogów. A może najlepiej podważyć cały słowiański panteon, jak D. A. Sikorski, L. Moszyński, czy ten handlarz tanią sensacją Kamil Janicki od “zmyślonego pogaństwa”. Nasz Khalifaros dzięki tajemnej wiedzy ezoterycznej zna jednak całą i jedynie słuszną prawdę.

Jeśli nasz rodzimowierca chce twierdzić, że pies cieszył się u Słowian specjalnym mirem na podstawie późnej legendy ruskiej o psach Bojana – Stawrze i Gawrze, to gratuluję źródeł.

Zarzuca mi też narcyzm cytując: “Jak widać, wystarczy mieć trochę ogłady intelektualnej i wiedzy historycznej, a szanowne środowisko naukowe zrobi z ciebie fałszerza.” Choć jest to mój tekst dotyczący Tymona Zaborowskiego posądzanego o zlecenie wykonania posągu ze Zbrucza, tylko dlatego, że miał bogatą prywatną bibliotekę, o czym jest nota bene mowa w sąsiednim zdaniu do cytowanego. Czemu ten cytat ma jednak świadczyć o moim narcyzmie nie wiadomo. Może po prostu Khaliperius, jak to sam przyznaje, “nie zastanawiał się nad każdym przeczytanym zdaniem”.

Nie odnosi się on w ogóle do zarzutów, że na spotkaniach rodzimowierczych można spotkać ludzi w czarnych koszulach z faszystowskimi znakami lub smakoszy niemieckiego piwa, jako napoju słowiańskich bogów, nie umiejących na dodatek rozpalić ogniska i modlących się nad ogniem w miednicy, co nijak się ma do słowiańskiej tradycji. Informuje tylko, że powinienem być wdzięczny, że mnie tacy życzliwi rodzimowiercy przyjęli z otwartymi ramionami, a mi poleca białe szaty w formie kaftanu bezpieczeństwa.

Może to i zabawne miejscami, ale całościowo pokazuje poziom intelektualny autora i jego ezoteryczno-rodzimowiercze zaślepienie.

Na koniec Wielki Ezo szydzi z mojego profesora A. Wiercińskiego, sławnego antropologa religii. Ciekaw jestem zatem co studiował nasz “erudyta” i jakich to sam miał profesorów.

Cały ten paszkwilik na mój temat mogę podsumować, że jest to 5D, czyli dupowiedza, darmofama, dręczydrucie, dziadopisarstwo i dziurogłowie.

 

Tomasz J. Kosiński

5.02.2020

Co kobiety z WP mają myśleć o Wielkiej Lechii

Kadłubek

Robert Jurszo w swoim artykule pt. “Imperium Lechitów – pseudohistoryczny mit”, z dnia 2 czerwca 2016, umieszczonym w dziale “Kobieta” na WP, dzięki stosowaniu wielu zabiegów, wybiórczego podejścia do faktów i licznym manipulacjom, próbuje ośmieszyć teorię Wielkiej Lechii.

https://opinie.wp.pl/imperium-lechitow-pseudohistoryczny-mit-6126042020735105a

Na pierwszy ogień idzie oczywiście Mistrz Wincenty i inni polscy kronikarze, którzy, według naszego autora, są bajarzami, przy takim Thietmarze, mającym być głównym źródłem o tamtych czasach.

Jurszo uważa, że Wincenty Kadłubek, pisał “bajkowe” opowieści, by ”udowodnić” wielkość Polski. Miał on też być raczej “ideologiem-politykiem historycznym, niż rzetelnym badaczem”. Dodaje również, że “Poza tym, historiografia w takim sensie, w jakim rozumiemy ją dziś, jest przede wszystkim dzieckiem XIX w.”

Autor artykułu nie zauważa właśnie, że gdy ta historiografia w XIX wieku powstawała, to Polska była pod zaborami i to okupanci spisali nam okrojone dzieje z uwzględnieniem ich własnych celów politycznych. Pan autor może w taką wersję historii wierzyć jak chce, ale czemu każe to robić innym wstawiając w swoim tekście tak jednoznaczne oceny pracy naszych kronikarzy i podważając wiele faktów historycznych przekłamanych lub przemilczanych przez ówczesnych speców od filogermańskiej polityki historycznej. Bawi się tutaj sam w polityka, bo nawet nasi historycy nie są zgodni w ocenie wielu treści podawanych przez Kadłubka, Długosza i innych. Ale nasz publicysta wie lepiej.

Przykładem ignorancji autora i jego ewidentnego pisania pod tezę jest odwoływanie się do poglądów Brucknera w sprawie podważania autentyczności panteonu Długosza, na którym opiera swoje poglądy w sprawie słowiańskich wierzeń także Bieszk. Jurszo się z niego naigrywa, bo już 100 temu miało być wiadomo, że imiona polskich bogów to tylko przypadkowe słowa z przyśpiewek.

Dziwne to przekonanie, bo autor twierdzi, że korzystał między innymi z książki A. Szyjewskiego, który na poglądach Brucknera, także w sprawie panteonu Długosza, nie pozostawił suchej nitki. A tacy religioznawcy jak M. Cetwiński, M. Derwich, K. Bracha, L. Kolankiewicz i inni zdecydowanie potwierdzili, że Bruckner albo nie znał wcześniejszych źródeł przed Długoszem, jak choćby Postylla Koźmińczyka (odkryta dopiero w XX wieku) i kilku innych podających wyraźnie te same imiona bogów polskich, co późniejszy autor Roczników, albo celowo je zlekceważył. Jurszo jednak nic o tym nie wie lub nie chce wiedzieć, co oznacza, że jest albo dyletantem w temacie, albo manipulatorem.

Dalej śmieje się ze związków Polaków z Sarmatami, o czym wspomina nie tylko, krytykowany przez niego Bieszk, ale także wielu wcześniejszych i współczesnych autorów, wystarczy wymienić T. Sulimirskiego, czy P. Makucha. Sarmacki rodowód Polaków jest nie nową koncepcją historyczną, podobnie jak teorie o pochodzeniu Piastów od wikingów (Szajnocha, Skrok), czy z Moraw (P. Urbańczyk). Jurszo nie pisze jednak, za którą z tych koncepcji się opowiada, ograniczając się jedynie do drwin z Bieszka, który wywodzi Ariów, czyli sarmackich przodków Polaków z Elamu (Aryanu), co według publicysty WP jest absurdalne. Sam nie tłumaczy jednak dlaczego tak myśli i nie podaje Czytelnikom alternatywnej i wiarygodniejszej wersji pochodzenia Słowian, czego kiedyś wymagały prawidła krytyki. Ale nasz portalowy komentator zajmuje się jak widać krytykanctwem, a nie krytyką, nie rozróżniając tych pojęć.

Drwi także z opisywania przez Bieszka związków Ariowita z Cezarem, choć autor ten nie wymyśla faktów, a jedynie podaje zapisy z kilku znanych kronik. Krytyka źródeł może to podważać, ale Bieszk opiera się w tym zakresie na wielu różnych zapisach i przesłankach, na podstawie których wyciąga takie, a nie inne wnioski, do czego ma pełne prawo, jako autor książek popularnonaukowych. Nawet historycy, jak już wspominałem, nie są przecież zgodni we wszystkim.

Zarzut wobec opinii Bieszka demonizacji chrystianizacji w wydaniu rzymskokatolickim nawracającej niewiernych ogniem i mieczem, przy delikatniejszej ocenie wprowadzania obrządku greckiego, wydaje się dziwny, gdyż taki pogląd ma wyraźne pokrycie w faktach historycznych. Podany przez autora artykułu opis spalenia kilku wołchwów na Rusi, nijak się przecież ma do licznych krucjat cesarskich krzyżowców choćby na Połabiu, mających charakter masowego ludobójstwa Słowian.

Jurszo nie rozumie też, że Bieszk piszący o umiłowaniu przez Słowian wolności i nie tolerowaniu niewolnictwa nie widzi sprzeczności z tym poglądem w przypadku porywania kobiet, bo taki zwyczaj dotyczył zdobywania partnerek, a nie niewolnic.

Zabawny jest niby argument autora o stosowaniu niewolnictwa przez Słowian, który przytacza źródło z przełomu VI i VII w. n.e., a więc sprzed chrztu w 966 r., tj. ”Strategikon” Psuedo-Maurycego. Można tam przeczytać, że “mężczyźni pojmani do słowiańskiej niewoli musieli służyć przez jakiś czas, a potem oferowano im możliwość powrotu w rodzinne strony, bądź pozostania na miejscu na równych prawach ze swoimi dotychczasowymi właścicielami.”
Dobre, nie? Fakt karnego przetrzymywania jeńców wojennych i wypuszczania ich przez Słowian na wolność po określonym czasie ma być dowodem nie umiłowania wolności, którą darują nawet swoim wrogom, ale właśnie rzekomego niewolnictwa. Ciekawa argumentacja. Jak się to ma do handlu ludźmi przez naszych sąsiadów, a czym akurat ani lechiccy, ani piastowscy władcy się nie parali, o czym świadczy brak jakichkolwiek potwierdzeń historycznych w tej sprawie.

Nasz krytykant pisze jeszcze “Poza tym, w ogóle we wczesnym średniowieczu, jak i w starożytności, na obszarze całej Europy niewolnictwo było normą. I byłoby czymś doprawdy niespotykanym, gdyby te sprawy radykalnie inaczej miały się u Słowian.” A to ciekawe. Jakoś ta “niespotykaność”, jako logiczny argument, nie ma akurat zastosowania w dogmacie naukowym dotyczącym rzekomej niepiśmienności Słowian, jako jedynego ludu w tej części świata (nawet uznaje się runy bałtyjskie), przed misją Cyryla i Metodego, co jest absurdalnym kłamstwem.

Jurszo twierdzi również, że “schwytanych podczas wojen niewolników – również we wczesnośredniowiecznej Polsce – używano jako osadników”. Jako pseudoargument tego rzekomego niewolnictwa podaje on opis, że ”Mieszko I, zawierając na początku lat 80. X wieku pokój z królem Ottonem II, oddał mu niemieckich jeńców, których zagarnął w czasie wygranej przez siebie wojny roku 979″. Tak jak i poprzednio, znów jednak nie zauważa, że po pierwsze, jak widać, Mieszko I nie handlował niewolnikami, a po drugie, jeńcy po karnym okresie byli puszczani wolno lub zwracani swojemu władcy, co przytoczony opis jasno potwierdza. To mają być te “dowody” na istnienie niewolnictwa u Słowian uzasadniające drwiny z opisywanego przez Bieszka umiłowania przez nich wolności.

W sprawie zarzutu niewolnictwa u Słowian Jurszo przytacza opinie Artura Szrejtera, którego wydumane i niesprawiedliwe poglądy znakomicie obnażył Mariusz Agnosiewicz. Ale o tym nasz specjalista od historii dla kobiet z WP też zdaje się nie wiedzieć.
To, że wiec, jako forma demokracji bezpośredniej znany był też dawniej Germanom, jak twierdzi przytaczany Modzelewski, świadczy tylko, że przed chrystianizacją, która przyniosła też nowe stosunki feudalne i poddaństwo oraz wyzysk chłopów, wśród pogańskich plemion istniała wyższa i bardziej cywilizowana forma rządów. Jeśli Jurszo i jemu podobni, chcą na tle współczesnej gloryfikacji demokracji, naigrywać się z takiego systemu sprawowania władzy u Lechitów, to się po prostu ośmieszają. Albo niech się wyraźnie określą, że są monarchistami z upodobaniem do dyktatu, dzięki czemu powstały cesarstwa i imperia Zachodu, rzekomo stojące na wyższym poziomie rozwoju niż demokratyczne rządy wiecowe u ludów słowiańskich.
Warto też zauważyć, że to umiłowanie wolności i jedności wyrażało się później w zasadzie liberum veto, co jest, z politycznego punktu widzenia, najwyższą formą demokracji, którą stosowano jedynie w Rzeczpospolitej.

Dawniej nikt nikogo nie bił na wiecu, by zmienił zdanie, jak to Jurszo sugeruje, co jest odosobnioną relacją Thietmara o charakterze demonizacyjno-propagandowym, ale po dyskusji i braku znalezienia kompromisu akceptowalnego przez wszystkich uczestników zebrania, uciekano się do wróżb, które miały charakter wiążący. Świadectw w tym temacie jest wiele, ale widocznie celem Pana Roberta nie jest prawda, tylko ośmieszenie teorii Wielkiej Lechii i autora poczytnych książek, nawet za cenę uznania publicysty WP za “pożytecznego idiotę” piszącego na polityczne zamówienie.

Głównym problemem Bieszka jest, co prawda, opieranie się w dużym stopniu na wątpliwej Kronice Prokosza, ale nawet przyjmując, że to faksyfikat, to nie ma w niej jakichś strasznych rzeczy, poza listą starożytnych władców, która nie wiedzieć czemu tak wielu kłuje w oczy. Nawet jeśli Bieszk się myli w tej sprawie, to nie znaczy, że wszystko, co pisze to bzdury. Korzysta też z wielu innych, uznanych źródeł, które są różnie interpretowane przez historyków. Ale jak widać robi się z niego pseudonaukowca, oszołoma, naciągacza i agenta. Komu tak naprawdę zależy na tym byśmy nie zadawali trudnych pytań o naszą przeszłość, zwłaszcza przedchrześcijańską?

Na koniec Jurszo daje już pokaz swoich poglądów wyraźnie sugerując, że teza Bieszka na temat wpływu obcych państw na upadek Lechii jest przejawem cierpiętnictwa i podejścia w stylu “co złego to nie my”. Wiemy, że dziennikarz WP woli za wszystko obwiniać samych Polaków, jakby to oni spowodowali zabory, które może jeszcze były w jego opinii dobrodziejstwem dla Polski. To Polacy pewnie odpowiadają też za wywołanie II wojny światowej i holokaust, do czego skłania się obecnie zachodnia narracja polityczna. To my oczywiście jesteśmy winni całemu złu w historii i obecnie w Europie. Taki “bękart narodów”. Można tylko spytać Pana Jurszo, komu taka propaganda ma służyć.

Po jego tekstach widać jasno, jaka jest linia polityczna Wirtualnej Polski, która całe szczęście jest tylko wirtualna, a nie realna, mimo tego typu wysiłków, jakie tu mieliśmy okazję zobaczyć.

Tomasz J. Kosiński

24.01.2020

Książki Tomasza J. Kosińskiego w światowych bibliotekach

Rodowód Słowian

Książki Tomasza J. Kosińskiego znajdują się w wielu zbiorach bibliotecznych na świecie, a konkretne biblioteki, które nabyły pozycje tego autora można znaleźć na portalu Worldcat.
http://worldcat.org/identities/lccn-n2011029175/

Rodowód Słowian

I. Rodowód Słowian (2017)
https://www.worldcat.org/title/rodowod-sowian/oclc/1012339122

1. NUKAT. Biblioteki w Polsce: Białowieża; Białystok; Bydgoszcz; Dąbrowa Górnicza; Gdańsk; Gdynia; Gliwice; Katowice; Kielce; Kraków; Lublin; Łódź; Olsztyn; Opole; Poznań; Siedlce; Słupsk; Szczecin; Szczytno; Tarnów; Toruń; Warszawa; Wejherowo; Wrocław. Polska
2. Biblioteka Narodowa. Polska
3. Bayerische Staatsbibliothek. Monachium, Niemcy.
4. Stanford University Libraries. USA
5. Chicago Public Library. USA
6. University of Michigan. USA
7. University of Toronto Robarts Library. Kanada
8. Harvard College Library. Cambridge, USA
9. Harvard University, Harvard Library. Cambridge, USA
10. University of Pittsburgh. USA
11. Yale University Library. New Haven, USA
12. New York University, Elmer Holmes Bobst Library. USA
13. Library of Congress. Washington, USA.

Słowiańskie skarby

II. Słowiańskie skarby. Tajemnice zabytków runicznych z Retry (2018)
https://www.worldcat.org/title/sowiaskie-skarby-tajemnice-zabytkw-runicznych-z-retry/oclc/1050950259

1. NUKAT. Biblioteki w Polsce: Białowieża; Białystok; Bydgoszcz; Dąbrowa Górnicza; Gdańsk; Gdynia; Gliwice; Katowice; Kielce; Kraków; Lublin; Łódź; Olsztyn; Opole; Poznań; Siedlce; Słupsk; Szczecin; Szczytno; Tarnów; Toruń; Warszawa; Wejherowo; Wrocław. Polska
2. Biblioteka Narodowa. Polska
3. Bayerische Staatsbibliothek. Niemcy.

Runy słowiańskie

III. Runy słowiańskie (2019)
https://www.worldcat.org/title/runy-sowianskie/oclc/1117470444

1. NUKAT. Biblioteki w Polsce: Białowieża; Białystok; Bydgoszcz; Dąbrowa Górnicza; Gdańsk; Gdynia; Gliwice; Katowice; Kielce; Kraków; Lublin; Łódź; Olsztyn; Opole; Poznań; Siedlce; Słupsk; Szczecin; Szczytno; Tarnów; Toruń; Warszawa; Wejherowo; Wrocław. Polska
2. Bibliothek der Humboldt-Universität Berlin. Niemcy
3. Bayerische Staatsbibliothek. Niemcy
4. Stanford University Libraries. USA
5. University of Chicago Library. USA
6. Princeton University Library. USA.

okładka Bogowie Słowian

IV. Bogowie Słowian (2019)
https://www.worldcat.org/title/bogowie-sowian-bstwa-biesy-i-junacy/oclc/1135394189

1. NUKAT. Biblioteki w Polsce: Białowieża; Białystok; Bydgoszcz; Dąbrowa Górnicza; Gdańsk; Gdynia; Gliwice; Katowice; Kielce; Kraków; Lublin; Łódź; Olsztyn; Opole; Poznań; Siedlce; Słupsk; Szczecin; Szczytno; Tarnów; Toruń; Warszawa; Wejherowo; Wrocław. Polska
2. Harvard College Library, Cambridge. USA